czwartek, 3 listopada 2011

O pierwszych herezjach

Oto kolejna notka dla kolegi halo-tu-belgia. W jednym z komentarzy poprosil on o napisanie wiecej o problemie pierwszych chrzescijanskich herezji. Stad wlasnie o ile odnajde czas wolny od mojej magisterki to bede pisal slow kilka o heretykach starozytnych.

Jak wiadomo religia chrzescijanka nie powstala w prozni.  Na spowodowany narodzinami Chrystusa przelom er przypadal okres hellenistyczny. Czas ten zarowno w sztuce jak i w filozofii charakteryzowal sie "zanieczyszczeniem" idei hellenkich (greckich) przez elementy kultury wschodu. W filozofii doprowadzilo to do odejcia od klasycznej filozofii i skrecenia w strone spirytualizmu wschodniego. Zapoczatkowany wtedy alias filozofii z religia trwac mial przynajmniej do konca wiekow srednich. Jaki to jednak ma zwiazek z heretykami? Otoz ogromny. 

Przejmowanie pewnych elementow wschodnich wiar do filozofii a co za tym idzie do swiatopogladu ludzi zachodu stalo sie w tym czasie norma. Wspolgrala z tym polityczna sytuacja uniwersalnego i stosunkowo slabego ideologicznie imperium rzymskiego. Tak wiec filozofowie w wiekszosci opowiedzieli sie za eklektyzmem nie tylko pomiedzy greckimi szkolami, ale tez filozofii greckiej i religii wschodnich.

Chrzescijanstwo pierwotne zas z jednej strony bardzo dobrze i mocno uksztaltowane z moralnego punktu widzenia, bylo przez wykladnie swej nauki zawarta w Ewangelii podatne na roznorakie interpretacje. Sytuacje ta sprawila, ze pojawili sie ludzie zarowno w Kosciele, ale w wiekszosci poza nim, ktorzy do chrzescijanstwa dodawali idee obce, greckie czy tez z gola wschodnie. Tak wlasnie rozumowali gnostycy, budujac swe tezy w oparciu z jednej strony o nauke Jezusa, z drugiej zas o mitologie babilonska.

Mistrzem w tej dziedzinie byl Mani (zwany tez Manesem, a po lacienie Manicheuszem). On to zbudowal calosciowy system opierajacy sie na dualizmie swiata. Swiat podzielony mial byc na dobry swiat idei, stworzony przez Boga i zly swiat materialny stworzony przez Szatana. Przy czym Szatan w tym ujeciu urastal do drugiej rownozednej zasadniczej sily. Jezus zas mial byc Eonem, wyzwolicielem dusz ludzkich, twor ow idealnych uwiezionych w swiecie materialnym.  Nauka ta choc logiczna nie zgadzala sie tak jak nauka wszystkich gnostykow ze stanowiskiem ani Kosciola i chrzescijanstwa ani tez religii wschodu (zoroastryzmu), stad zostala przez nie potepiona. Sam Mani zmarl smiercia meczenska w niewoli krola Persji, jego wyznawcy jednak przetrwali.

Do konca tez sredniowiecza poglad na swiat zakladajacy stworzenie go przez zlego boga i przeciwstawiajacy swiat idei stworzony przez dobrego zwano od zlatynizowanego imienia Maniego Manicheizmem. O wspolczesnych manichejczykach w rozumieniu sredniowiecznych katarow pisze miedzy innymi Bernard Gui w swym podreczniku inkwizytorskim. Ale to juz historia na calkiem inna notke.

niedziela, 23 października 2011

O znamionach ważności

Kolega halo-tu-belgia w notce o skali prosił o rozwinięcie tematu, toteż rozwijam. Czytając literaturę przedmiotu do mojej magisterki (której poświęcam niemal cały mój czas wolny, co owocuje małą ilością wpisów na blogu) przemyślałem sobie dokładniej swoje refleksje odnośnie wielkości w średniowieczu.

Musimy pamiętać, w jakiej sytuacji powstały miasta średniowieczne. Cały wydawałoby się świat żył wtedy w feudalnej harmonii, opartej na gospodarce rolnej, gdzie Pan (król, książę) miał swoich rycerzy, ci mieli swoich chłopów którzy uprawiali ziemię, utrzymywali Panów. Jeśli chodzi o poza rolne zajęcia to wykonywali je rzemieślnicy przy zamkach lub podgrodziach. System ten wydawał się jak napisałem klarowny i trwały, gdy tymczasem miasta powstały głównie jako ośrodki handlu.

Handel już w średniowieczu dawał możliwość szybkiego zarobku, zauważyli to władcy i wspierali go niemal od początku polskiej państwowości. Powstawanie średniowiecznych miast, właśnie z płynnością, ułatwieniem i większą dochodowością tego handlu się wiązało. Powstawały więc samorządne gminy miejskie zamieszkane przez kupców i rzemieślników, słowem ludzi, którzy nie mieścili się w modelu feudalnym.

Ogromne pieniądze pochodzące z handlu a także wzrastające znaczenie miast zachęcały mieszczan do prezentacji swej potęgi. Pokazać ja można zaś było najłatwiej budując monumentalne budowle. Inwestowano zwłaszcza w trzy typy. Zgodnie z zasadą przezorny zawsze ubezpieczony budowano mury miejskie, które dawały gminie bezpieczeństwo w niespokojnych czasach. Inwestycja taka sprawiała, że ludzie nie zajmujący się w zasadzie walką mogli obronić siebie, swój dobytek i bliskich przed zawodowymi zabijakami (rycerzami) a czasem nawet i książętami. Drugi typ to zgodnie z zasadą "si deus nobisqum quid contra nos"  kościoły, o czym pisałem we wcześniejszej notce. Zazwyczaj gmina miejska otrzymywała parafię (w niektórych wypadkach było ich kilka), której siedziba (kościół farny) mógł zaprezentować pełnie bogactwa. Tak też Kościół Mariacki w Krakowie czy Gdańsku, św. Elżbiety i Marii Magdaleny we Wrocławiu swym rozmachem przyćmiły nawet budowle katedralne. Trzecim typem budowli, do którego zasada nie przychodzi mi do głowy (no może prócz "wolnoć Tomku w swoim domku") były ratusze- siedziby władz miejskich. One to swym rozmachem miały przywodzić na myśl rycerskie zamki, a wszystko to by pokazać że miasto jest potężne i godne.

Osobną sprawą był rynek, który był Galerią Handlową i jako taki swymi rozmiarami pokazuje nam przewidywaną powierzchnię handlową, więc też i wielkość wymiany w danym miejscu. Te właśnie czynniki bardziej świadczyć mogą o zamożności, czyli potędze i znaczeniu miasta niż jego wielkość. Ilość zaś mieszkańców i rozległość gminy były sprawą drugorzędną. Jak mogło być inaczej, skoro około 60% ludności żyło w biedzie, nic niemal nie posiadając, trudniąc się różnymi "mało ważnymi" z punktu widzenia współczesnych zajęciami i co najwyżej roznoszącymi choroby?

czwartek, 13 października 2011

O herezji

Choć pamiętam, że obiecałem następną notkę o torturach, stosach i tym podobnych to jednak powyborczy nastrój skłonił mnie do wzięcia przykładu z przywódców państwa i wyjaśnienia czytelnikom, że bardzo chciałbym, ale nie mogę. Nie mogę zaś dlatego, że by wyjaśnić sens tych wszystkich interesujących rzeczy muszę napisać najpierw słów kilka o torturowanych i spalanych, czyli o heretykach. Wszystkich zawiedzionych tą zmianą tematu bardzo przepraszam i obiecuję, że zadość uczynię obietnicą umieszczając w kolejnych notkach rzeczone stosy i tortury. Tymczasem jednak herezje. 

Herezje towarzyszą chrześcijaństwu niemal od samego początku. Wynika to z trudności i niejednoznaczności w pewnych aspektach nauki Jezusa. Już apostołowie spierali się komu i jaką naukę głosić. Okres starożytnych soborów powszechnych zaowocował ustaleniem jednej prawdy i co za tym idzie potępieniem tych którzy wierzyli inaczej. Tak właśnie potępiono Ariusza, Maniego i innych. Powody były różne. Od istoty Chrystusa zaczynając na koncepcji dobra i zła kończąc.

Gwałtowny koniec starożytności przyniósł też koniec tego typu problemów. Stosunkowo szybko rozgoszczeni na zachodzie barbarzyńcy przyjęli prawowierną wiarę i na kilkaset lat problem herezji istniał tylko w rządzonym silną ręką cesarz Bizancjum.

Sytuacja zmieniła się w XII wieku. Wtedy to na południu Francji wyrosła potężna herezja katarów (gr. katharoi- czyści). Niedługo potem wykiełkowały herezje: waldensów, begardów, beginek, dulcynian, husytów i wiele innych. Herezje średniowieczne były liczne a ich wyznania ciekawe, stąd wiele spośród nich zostanie opisane na tym blogu dokładniej. Kościół zareagował na nową sytuację powołując zakon dominikanów, których teologiczne wykształcenie pozwalała na dysputę z heretykami (czego nie można było powiedzieć o ówczesnym klerze diecezjalnym), rozsyłaniem inkwizytorów, w sytuacjach zaś ekstremalnych krucjatą.

Tak więc "psy pańskie" (domini canes) nawracały, inkwizytorzy sądzili, krucjaty (jak to krucjaty) paliły, gwałciły i rabowały. Niełatwy był los średniowiecznych heretyków, tym bardziej zastanawia ich powodzenie i siła oddziaływania i wytrwałość w trwaniu. Jedni widzieli i chcą widzieć w nich obrońców wolności myśli człowieka, inni degeneratów. Gdzie zaś leży prawda? Zapewne gdzieś po środku. Stad potrzeba trochę wysiłku by do niej dotrzeć.

poniedziałek, 10 października 2011

O prawie własności

Jak widać, oto jest pierwsza notka o tagu "codzienność". Długo zastanawiałem się czy tag taki w ogóle na tym blogu umieszczać. Ostatecznie umieściłem, toteż będę w nim opisywał to co dzieje się w świecie rzeczywistym- AD 2011.


By trochę rozjaśnić rzeczywistość tego świata chciałbym się pokrótce przedstawić. Otóż jestem studentem ostatniego roku historii na Uniwersytecie Jagiellońskim, obecnie przebywającym na praktykach w San Cristobal de la Laguna na Teneryfie. Praktykuję tu w Archiwum Historycznym. Choć normalnie specjalizuję się w średniowieczu, to na praktykach zajmuję się porządkowaniem XVIII wiecznym papierów niejakiego Vincente Ortiza. Fajny facet, choć strasznie brzydko pisał. W Hiszpanii, jak to w Hiszpanii, zawsze tranquilo i mańana, toteż mam trochę czasu na pisanie. Trochę nie znaczy wcale zbyt dużo.


Większość swego czasu spędzam bowiem na przygotowywaniu swej pracy magisterskiej. Czas goni, więc owa "większość" w coraz większym stopniu jest "większa". Chciałem co ciekawsze z niej części umieszczać na tym właśnie blogu, jednak po dłuższym zastanowieniu wstrzymałem  się. Wiele mówi się bowiem ostatnio o prawie do własności intelektualnej.


Choć wiem, że to co napisałem jest moje, to jednak nie wiem czy każdy się ze mną w tej materii zgodzi. Jakże by mi zaś było przykro, gdyby się okazało, że moja magisterka w dużej części jest nieudolnie "skompilwana" z bloga niejakiego Adama z Krakowa. Czy dałoby się to jakoś wyjaśnić programowi anty-plagiatowemu? Niestety nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, wiec to pytanie muszę zadać czytelnikom lepiej wyedukowanym prawniczo. Jak wygląda prawne uregulowanie własności intelektualnej zamieszczonej na blogu? Czy jestem właścicielem tego co napisałem? W jaki sposób mógłbym udowodnić, że Adamus Cracoviensis to właśnie ja? I jak ostatnie, czy mogę umieszczać posty z pracy magisterskiej czy też nie?


Zachęcam do komentowania i dyskusji. Za wszystkie odpowiedzi będę szczerze zobowiązany.

wtorek, 4 października 2011

De inquisitionis haereticae pravitatis

Inquisitor haereticae pravitatis... Jakże dobrze znana fraza dla każdego chyba historyka zajmującego się późnym średniowieczem. Czy czytamy o uniwersytecie, czy zakonach, czy królestwach zawsze jakiś heretyk lub inkwizytor się znajdzie. Tym mocniej akcentuje ich obecność nasz, często, emocjonalny stosunek do nich. I choć historia czarnej i białej legendy inkwizycji to temat niezwykle ciekawy, to będzie jeszcze czas, by dość dokładnie go opisać w innych notkach. Tymczasem dziś chciałbym przystanąć nad kilkoma faktami i prawdami dotyczącymi "średniowiecznej inkwizycji", które choć zostały już opisane w literaturze przedmiotu, to jednak niezwykle słabo przebijają się do świadomości społecznej.


Pierwszą sprawą, nad którą chciałbym się zastanowić jest tłumaczenie rzekomej frazy. W języku polskim przyjęło się zastępować ją rzeczownikiem inkwizytor. Trudno mi jednoznacznie określić, kiedy takie tłumaczenie pojawiło się, jednak spowodowało ono zadomowienie się w języku polskim obcego rzeczownika, który stał się jednoznaczny i wydawać by się mogło dalej nieprzetłumaczalny. Jakże wielkie może być więc zaskoczenie kogoś, kto sięgnąwszy do słownika łacińskiego zorientuje się, że można znaleźć polski synonim tego słowa. Inquisitor bowiem jest rzeczownikiem oznaczającym osobę, która przeprowadza inquisitio. Inquisitio zaś jest rzeczownikiem odczasownikowym od czasownika inquiro- inquisivi- inquisitum, na polski łatwo przetłumaczalnego jako poszukiwać. Aby dopełnić formalności powiem, że inquisitio to poszukiwanie, inquisitor zaś poszukiwacz. Jak każdy chyba dobrze rozumie, rzeczownik taki ma stosunkowo wiele znaczeń, stąd właśnie ówcześni dodali do niego jeszcze dwa słowa, których w polskich tłumaczeniach nie raczy się umieszczać. Mianowicie haereticae pravitatis. Pravitatis podobnie jak inquisitor również jest rzeczownikiem, tyle że w innym przypadku (dopełniaczu), odpowiadającym na pytanie kogo? czego? i oznacza nieprawość, błąd, lub grzech, haereticae zaś jest przymiotnikiem w tymże samym dopełniaczu pochodzącym od rzeczownika heretyk. Jak więc widać pierwszą konkluzją w dzisiejszej notce, a także pierwszą, jak sądzę, poważną konkluzją na moim blogu jest stwierdzenie, że zamiast inkwizytor, można by mówić poszukiwacz heretyckiej nieprawości.


Można by, tylko po co? Ze względu na nacechowanie i ciężar gatunkowy. Trudno, sine ira et studio o czymś mówić, jeśli nie uwolnimy naszych umysłów od szufladkowania i emocjonalności zwrotu. Proponowana zmieniona fraza przestałaby kojarzyć się z Wielkim Inkwizytorem z Braci Karamazow, czy też z inkwizytorami nowożytnymi, z którymi średniowieczny "poszukiwacz" niewiele miał wspólnego.


Skąd bowiem wzięli się średniowieczni "poszukiwacze heretyckiego grzechu"? Herezja bynajmniej nie była rzeczą nową dla Kościoła w XII wieku. Zmagały się z nią wcześniej min. starożytne Sobory Powszechne, św. Augustyn, i wielu mniej znanym biskupów. Od czasu edyktu Teodozjusza (380 r. n.e.) dla którego więcej miejsca znajdzie się za pewne w kolejnych notkach, zadanie pilnowania czystości wiary spoczywało właśnie na ich barkach. Sytuacja taka przetrwała aż do XII wieku, kiedy okazało się, że biskupi nie mają zarówno możliwości, jak i często potrzebnej wiedzy by heretyków odnajdywać, przekonywać lub w najgorszym wypadku karać. A skoro Pan nie mógł odnaleźć, więc wysłał poszukiwacza. Sam sposób doboru i organizacji nowego przedsięwzięcia, jest bardzo ciekawym problemem zasługującym co najmniej na własną notkę, toteż zakończę ten akapit konkluzja, że inquisitores haereticae pravitatis powołani zostali jako w wielu przypadkach konieczna pomoc dla biskupa w sprawie czystości wiary.


Teraz pytanie samo powinno się nasunąć: jak więc doszło do zbudowania jednej, odgórnie zarządzanej machiny strachu? A no właśnie nie doszło. I to jest kolejnym faktem, który należy zapamiętać. W średniowieczu nie działała "Inkwizycja", "Święte Oficium", "Suprema" czy jak też ją nazwiemy. Wszystkie te, tak strasznie brzmiące słowa, są wynalazkami późniejszymi, w większości Renesansowymi. Średniowieczni "inkwizytorzy" nie byli w żaden sposób powiązani ze sobą. Jedyne co ich łączyło, to wspólna wiara, wykształcenie i prawda której chcieli służyć. Korzystali z tych samych kodeksów prawnych, tych samych podręczników, nie mieli jednak jednorodnej organizacji. Do tego stopnia, że status poszukiwacza inny był w Polsce (domyślnie Mało), inny w Czechach, inny zaś w Polsce Północnej (tutaj, powołany dopiero w czasie wojen husyckich). Wszędzie jednak inquisitores, podlegli byli w większym, lub mniejszym stopniu władzy biskupa.


Czy oznacza to, że nie było strachu? Narzędzi tortur? Płonących stosów? Palenia czarownic? Tego nie powiedziałem, bo to również jest opowieść na całkiem inną notkę...

czwartek, 29 września 2011

Kwestia skali

 Jak rozpocząć bloga? Wbrew pozorom nie jest to sprawa łatwa. Niby pierwsza notka już za mną, jednak jest to raczej wstęp, rodzaj manifestu, czy trailera niż rzeczywisty początek bloga. Długo zastanawiałem się nad pierwszym tematem. Wybór jest tym trudniejszy, że postawiłem sobie za cel kilka różnych i nie zawsze pokrywających się problemów. Ostatecznie zdecydowałem rozpocząć od spokojnej rozgrzewki, czyli sprawy błahej i raczej zastanawiającej. Mianowicie skali.


 Jako ludzie żyjący na przełomie XX i XXI wieku przyzwyczailiśmy się do ogromnych wielkości. Pałac prezydencki musi być przynajmniej tak duży by dało się na jego terenie ustawić pomnik, ulica tak szeroka, by bez przeszkód mogły nią jechać cztery pasy samochodów, miasto tak duże, by przemieścić z jednego jego końca na drugi można było jedynie samochodem lub autobusem. Nie zawsze jednak tak było.

 Refleksja taka po raz pierwszy naszła mnie, gdy byłem na Wawelu. Znana powszechnie renesansowa rezydencja królów Polski swym rozmachem i przestrzenią zdaje wpisywać się w naszą XX wieczną skalę. Ale czy na pewno? Do czasu rozbiorów wzgórze wawelskie wyglądało zupełnie inaczej. Oczywiście stał na nim jak stoi Zamek Królewski i Katedra, jednak nie były to jedyne budynki. Na miejscu dzisiejszego zachodniego skrzydła stały zabudowania gospodarcze (kuchnie i stajnie królewskie), na zewnętrznym zaś dziedzińcu (tam gdzie dzisiaj piękna trawa) było miasteczko wawelskie. Domy, Psałteria, dwa średniowieczne kościoły. Wydawać by się mogło, że co w tym dziwnego, uświadomiłem sobie jednak, różnice skali. Tak rozumiany wawelski zamek jest niewielki, a mimo to uchodził w swoim czasie za wzór do naśladowania.

 Podobna nieco refleksja naszła mnie kiedyś w Gironie. Jeśli ktoś odwiedził to malownicze katalońskie miasto, to wie, że jest tam zasadniczo: lotnisko, trochę domów, mur obronny i katedra. Stojąc pod monumentalną średniowieczną kościołem i spoglądając na domki stłoczone u jego podnóża, ciasno opasane murem, zrozumiałem po raz pierwszy czym były gotyckie świątynie dla miasta. Dziś w Gironie żyje 90 tys. ludzi, w średniowieczu żyła 1/10 z  tego, a i tak wydaje się, że miasto jest przyklejone do świątyni, nie zaś odwrotnie. Po co taki wielki kościół w takim małym miasteczku?- zapytałem. I od razu sam sobie odpowiedziałem. Kościół w średniowieczu nie był wielki dlatego by mogli się zmieścić w nim wszyscy mieszkańcy. Był wielki, by wyrazić wielkość Boga a także pokazać siłę i prestiż miasteczka. To dlatego właśnie katedry nawet w małych jakby się wydawać mogło miastach (jak średniowieczna Girona, Płock, Włocławek, Gniezno) były budowane ogromnym nakładem kosztów i z ogromnym rozmachem. W średniowieczu bowiem nie wielkość decydowała o pierwszeństwie (jak to powszechnie ma miejsce dzisiaj), ale prestiż.

 Usłyszałem kiedyś, że Kraków w średniowieczu w porównaniu do Wrocławia był pipidówką. Patrząc na ludność i powierzchnię z takim wnioskiem można by się zgodzić, jeśli jednak porównamy ilość bogatych kościołów, kolegiat, wielkość rynku (który nie był wtedy placem potrzebnym na koncerty, ale raczej galerią handlową) i znaczenie w kraju i za granicą, to zobaczymy że Kraków nie tylko nie ustępował niczym stolicy Śląska, ale nawet przewyższał ją znaczeniem.

 Cztery wielkie gotyckich bazyliki, kilka kolegiat i około 20 innych kościołów, lub też górująca nad miastem katedra. W średniowieczu to, nie liczba mieszkańców, miało znaczenie. I zrozumiałem to tylko dzięki przesiadce na lotnisku w Gironie. Niezbadane są wyroki Boże.

Słowo wstępu lub Scio quid faciam


Scio quid faciam- wiem co uczynię. Te słowa ewangelista Łukasz wkłada w usta zarządcy, zwolnionego ze swej służby. Zarządca wie co uczyni, oszuka swego pana, by od jego dłużników uzyskać pomoc- wybawienie w życiu doczesnym. Jan z Frankensteinu naucza, że zarządca nie uzyskał zbawienia ani na ziemi, ani tym bardziej w niebie. Nie powinno to też nikogo dziwić. Dzieło jego, bowiem nie tylko było niegodziwe, ale nade wszystko nie specjalnie, zdaje mi się, dobrze przemyślane. W sytuacji takiej może zastanawiać, dlaczego takie właśnie verba thematis wybrałem dla pierwszego wpisu na swym blogu. Sądzę jednak, że ci, którzy zechcą dłużej i bardziej czynnie mi towarzyszyć, zrozumieją czemu padły tutaj te słowa. Mam nadzieję, że skłonię ich także do refleksji nad innymi sprawami. Nie uprzedzajmy jednak faktów i zacznijmy od początku.

Quid faciam? Sądzę, że na to pytanie odpowiedzieli sobie już nawet co mniej lotni czytelnicy. Będę pisał bloga. Dlaczego? Wydawać by się mogło, że z powodu mody, lub też chęci podbudowania swojego "ego". Cóż bowiem bardziej może podbudować ego mężczyzny niż "zlajkowany" na facebooku przez przyjaciół blog? W czasach takich jak nasze- mało heroicznych- trudno zbudować posąg trwalszy niż ze spiżu. Nie ta jednak myśl mi przyświeca. Średniowieczny mnich w tym miejscu napisałby zapewne, że niegodny jest i zbyt pokorny by zajmować się takimi doczesnymi sprawami. Ja tak nie napiszę. Mój zasadniczy cel jednak jest inny.

Internet jako cudowny wynalazek pozwala ludziom przekazywać pomiędzy sobą dobra intelektualne niemal bez ograniczeń. Niestety tak jak i każdy genialny wynalazek ma też swoje minusy. Ileż to razy nasłuchaliśmy się lub naczytaliśmy o szkodliwym działaniach Internetu. Nie będę tutaj ich wymieniał, jednak niestety muszę po części zgodzić się z kontestatorami. Podobnie jak dynamit otworzył nowe horyzonty przed ludzkością i został wykorzystany do szerzenia śmierci, tak też i Internet, choć wiele mógłby ułatwić, to nie zawsze ułatwia. Ta myśl głównie przyświeca mi gdy zakładam swego bloga. W blogach bowiem właśnie widzę ogromny potencjał. Możliwość dzielenia się swymi przemyśleniami, przekazywania informacji i ścierania poglądów w dyskusji.     

O czym dokładniej chce pisać? Tytuł mojego bloga nie mówi o tym jednoznacznie. Może troszkę więcej powie, jeśli przyznam, że jest on zlatynizowaną i uśredniowiecznioną wersją mojego imienia. Słusznie domyślasz się czytelniku, że będzie tutaj mowa o średniowieczu. Jestem historykiem i to w tej materii właśnie pragnąłbym zabierać głos. Średniowiecze, to epoka, w której się specjalizuję, jednak będzie ona tylko jedną z kilku spraw którą zamierzam się zająć. Jakie są inne? W jednym sformułowaniu można określić je jako problemy polskiej historii jako nauki. Żywię bowiem głębokie przekonanie, że internet z inicjatywami takimi jak ta, mógłby zaradzić wielu bolączką polskiej historii: zaściankowości, anachroniczności, niechęci do metodologiczno- filozoficznych rozważań, brakowi dostępu szarego człowieka do szerszej informacji źródłowej i przede wszystkim nieumiejętności prowadzenia dyskusji.  Dlatego właśnie na mym blogu odnajdziesz drogi czytelniku: próby opisania historycznej polskiej codzienności, przemyślenia metodologiczno- filozoficzne na temat historii, refleksję praktyczną, a także linki i opis ciekawych i pomocnych dla historyka, lub osoby interesującej się historią stron internetowych. Mam nadzieję, że dzięki Tobie dojdzie tutaj również do produktywnej dyskusji i wymiany myśli.

Czy dzieło moje będzie trwalsze niż ze spiżu? Tego nie wie nikt. Scio enim quid faciam. Dołożę wszelkich starań, by każde wejście zapewniało Ci intelektualną rozrywkę.